Low Life 2 Low Code

Jesteś fagotem czy bigotem?
Kochasz kurwy i chleb ze smalcem
czy seks workerki i chleb z hummusem?
Podorabiajmy ideolo do naszych słabości
i egzystencjalnego zagubienia
Prawdziwi niewierzący do szpiku kości
stanowią promil populacji i wcale nie są szczęśliwi
a już na pewno rozumiani
Nietzsche musiał zdechnąć jak pies
by psim swędem ktoś go docenił poniewczasie
Wolne wiersze wolna miłość
tylko za prawdę słono się płaci
Jakub Skaza nie kasuje przecinków
lecz wybija jedynki swoimi wersami
wybija rytm w wojenne tam tamy
wkłada uczucia aż po sam szew
WZWÓD/FCHUJ
Stój bo strzelam stój!
Ja też w mordę dać mogę dać
Uliczne utarczki nie/przyjacielu
uczę się od Ciebie siebie samego
An-apologetyczny jak Jaś Kapela u Stanowskiego
masz i czytaj na wizji poezję
Aż musiał wydusić z siebie: No niezłe.
Brawurę i głupotę dzieli granica
rozmyta jak źrenice alkoholika

Ta strona to popisówa konceptualno-estetyczna stworzona pod snobów i fanów dobrego dizajnu, którzy chcą zatrudnić najlepszego web projektanta i developera do swojego awangardowego projektu.

Ale ponieważ mam na głowie mnóstwo ważniejszych projektów do wykonania, nie mam czasu robić tej stronie wersji mobilnej. Zresztą "mobile" to zło konieczne. Dzięki, że wpadłeś i do zobaczenia jak wrócisz do domu i wygodnie usiądziesz przed komputerem!

gra w klasy namalowana sprejem na chodniku, ostatnie klasy wchodzą na ścianę

(nie) przegraliśmy.

Nie przegraliśmy – ludzie wysoko kwalifikowanych zawodów.

Ludzie o umysłach twórczych i wartkich jak strumień rzeki życia.

Artyści, programiści, lekarze, prawnicy, terapeuci, architekci, naukowcy ściśli i społeczni, typografowie, reżyserzy i aktorzy oraz inżynierowie.  

Inteligencja. 
Inteligenci. 
Sól ziemi.

Rozpierała mnie duma, że na sam koniec – koniec naszego świata – stałem się jednym z Was. 
Mężczyzną, który mógł się poszczycić wysoko kwalifikowanym zawodem.

Ja, chłopak ze świata dysfunkcji. Bez wzorców, bez poczucia własnej wartości, z głęboką neurozą, traumą i gniewem w środku. Musiałem wpierw powycierać się po komisariatach, szpitalach, odwykach i więzieniach, by w końcu odkryć, że moja autoagresja jest nieuświadomioną, ponadprzeciętną ambicją.

Niszczyłem siebie, bo tak bardzo rozpierała mnie wola tworzenia.

Sabotowałem siebie, bo lepiej spektakularnie spaść na dno, niż nie wybić się na ponadprzeciętność. Z przeciętnością na hali produkcyjnej, magazynowej lub na placu budowy nie mogłem się pogodzić. Nie potrafiłem i nie chciałem.

Nigdy nie zapomnę poczucia dumy, która rozpierała mnie, gdy pierwszy raz w życiu zobaczyłem szczery uśmiech satysfakcji klienta. Mając świadomość, że wykonałem dobrze coś, co nie wielu ludzi potrafiło wykonać.

I że w związku z tym dostałem wielokrotność mojej dotychczasowej miesięcznej pensji.

Piękny, słodki owoc wielu lat poświęceń i wyrzeczeń. Ciężkiej pracy i z trudem zdobytej umiejętności odraczania gratyfikacji w czasie oraz cierpliwości.

To była długa, piękna droga dla kogoś, kto żył z dnia na dzień. Od haju do haju. Od jednej kradzieży do drugiej. Od depresji do rozpaczy na dachu bloku w środku nocy.

Wygląda na to, że owoce naszej kolektywnie skumulowanej pracy, doświadczenia i ekspertyzy zostały – za pomocą Internetu – skradzione z dnia na dzień, przez samo uczące się maszyny.

Pamiętacie Midjourney? Na pierwszy ogień poszli artyści; co jest szczytem skurwysyństwa biorąc pod uwagę, że obiecywano, iż maszyny uwolnią nas od znojnej pracy, byśmy mogli realizować naszą kreatywność.

Obrazy i grafiki artystów ostatnich kilku tysięcy lat, skumulowany kapitał estetyczny ludzkości, posłużyły do trenowania modeli językowych, które chwilę później rynkowo zdewaluowały talent tych samych artystów praktycznie w przeciągu jednej nocy. (Bo czym jest kilka miesięcy a nawet lat w skali życia człowieka, nie mówiąc już o ludzkości).

Największa kradzież własności intelektualnej w historii? Chyba tak.

Ale artyści zawsze byli pogardzani i patrzono na nich, nieufnie.

"Rysują se chłopaki. Taki niepoważny zawód. Teraz nie muszę tym darmozjadom płacić, maszyna mi zrobi miniaturkę do filmu" – zacierały ręce Janusze biznesu młode i stare.

Potem przyszedł czas na zawody postrzegane jako poważniejsze i trudniejsze.

Programiści. Pamiętacie jak jeszcze niecałą dekadę temu wszyscy mówili "learn to code" jako najbardziej perspektywiczna porada karierowa? Tak, to był mój pierwszy odruch, gdy zacząłem ogarniać swój żywot 10 lat temu. Zawsze ciągnęło mnie do projektowania graficznego. A że "learn to code", to postanowiłem zostać projektantem webowym z umiejętnościami front-endowymi, co samo w sobie jest nie lada wyczynem.

Moje umiejętności w morzu totalnej bylejakości jaka panuje w branży, są naprawdę powyżej przeciętnej. Nie dlatego, że jestem tak zajebisty. Raczej dlatego, że web dla wielu ludzi był sposobem na zarobienie łatwych i szybkich pieniędzy, klepiąc strony i sklepy od szablonów. Ja byłem totalnym pasjonatem web designu – i nadal nim jestem. I nie zamierzam przestać nim być.

Ale faktem jest, że już wtedy nie było łatwo konkurować z dostarczycielami taniej tandety. Teraz moje umiejętności i ekspertyza mogą zostać docenione tylko i wyłącznie przez firmy, które chcą projektu i kodu strony, czy sklepu, na poziomie naprawdę high-endowym. Wszyscy inni zadowolą się AI. Zadowolą się estetycznie wyglądającym, generycznym gównem.

Nie twierdzę, że zaraz wszyscy stracimy pracę. Część straci, część nie.

Twierdzę tylko, że coś, na zdobycie czego pracowałeś dekady, nagle straciło swoją rynkową rzadkość a co za tym idzie – wartość. I to nie może pozostać bez wpływu na nasze dalsze życie. Do niedawna chciałem wierzyć, że w realiach AI klepacze przeciętności odpadną i ostaną się prawdziwi pasjonaci i eksperci. To chyba jednak jest myślenie życzeniowe.

Artyści i programiści to tylko dwa – najlepiej mi znane – spośród setek branż zawodowych, które już nigdy nie będą takie same. Zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy, by żyć pięknym, dobrym i godnym życiem.

Profesjonaliści. Białe kołnierzyki. 
Ludzie wysoko kwalifikowanych zawodów. 
Nie miejmy sobie nic do zarzucenia. 
Graliśmy dobrze w życie. 
Nie jesteś sam/sama – są nas miliony.

Rewolucja AI ciekawie wpisuje się w coś, co nazywam "rewolucją chamów" – globalną tendencją antyinteligencką, antynaukową i antyekspercką. Dziś randomowy typ żyjący w piwnicy domu swoich rodziców, dysponując kamerą w telefonie i łączem internetowym może mieć – i często ma – większe przebicie w dyskursie społecznym niż profesor, dziennikarz, autor, lekarz, duchowny; ktokolwiek kto poświęcił na zgłębianie danej dziedziny całe swoje życie.

AI jeszcze bardziej wyemancypowało "zwykłego człowieka", pozwalając mu podnieść poziom jego wynurzeń, urojeń i osobistych opinii; od filmików z przysłowiowymi żółtymi napisami, do poziomu całkiem przyzwoicie wyglądających produkcji. A dobre jakościowo produkcje podświadomie kojarzą się z komunikatem, któremu do niedawna chciało się ufać. Komunikatem za którym stał zespół redaktorów, ekspertów i innych "wykształciuchów".

Pamiętacie wysyp filmików AI o grubasach załamujących podłogę? To jest właśnie poziom umysłowy sporego segmentu populacji. Takie rzeczy go bawią.

Kiedyś nawet głupia książeczka z dowcipami leżąca w kiosku Ruchu była redagowana przez jakiegoś "gryzipiórka" – dlatego dowcipy te były o jeden rząd wielkości lepsze, niż grubas zawalający podłogę pod sobą. Klasa inteligencka siłą rzeczy ciągnęła całe społeczeństwo do góry. Dowcipy zmuszały do myślenia. Oczekiwały od odbiorcy minimalnej wiedzy o świecie i zdolności do myślenia skojarzeniowego, pewnego kognitywnego refleksu.

Teraz czeka nas równia pochyła w dół. Witajcie w nowym świecie, koledzy inteligenci.

Czeka nas świat, w którym cwaniaczkowaty wyjec typu Skolima jest archetypem prawdziwego artysty. To prawdziwy wybranek serca, podrygującej, nietrzeźwej tłuszczy – wy jebani nieudacznicy; ciężko pracujący idealiści.

Nie jest też przypadkiem, że największym zachwytem nad "sztuczną sztuką" wykazywali się ludzie ze skrajnej prawicy. Czyli ci, którzy są aktualnie w awangardzie faszyzującej Rewolucji Chamów. Plemiennej, nacjonalistycznej, paranoicznej, antyracjonalnej. Skierowanej ku popędowi śmierci - zupełnie jak nihilistyczne lewactwo spod znaku Woke, które wybudziło te faszystowskie upiory ze stuletniego stuporu, na zasadzie dialektycznej *reakcji* na ich ekscesy. Reakcji przez małe i duże "r".

Nowy Wspaniały Świat mówi nam: nie jesteście już potrzebni. 
Możemy skulić ogon i próbować wpisać się w nowy paradygmat. 
Możemy też nauczyć się walenia w zęby i powzięcia rewanżu. 
Wybór należy do Was. Ja już wybrałem.

AI może zniszczyć możliwość bycia dostrzeżonym przez świat na Google (SEO)? 
To zobaczycie adresy moich stron – in your fucking face – 
na zajmowanych przeze mnie na dziko powierzchniach reklamowych miast. 
Przestrzeń publicznego komunikatu od teraz należy kurwa do mnie.

napis sprejem na górze wiaduktu kolejowego: idealne miejsce do czytania poezji

Wybierz własne więzienie / swoje własne “przejebane”!

Autoagresja czy autokreacja?

Wewnętrzna / ostateczna wolność to świadoma kontrola nad swoim doświadczeniem.

Wybierz własne więzienie / swoje własne “przejebane”!

Autoagresja czy autokreacja?

Wewnętrzna / ostateczna wolność to świadoma kontrola nad swoim doświadczeniem.

zdjęcie plakatu naklejonego na zamurowane drzwi za kratami. na plakacie napis: impulsy, automatyzmy i dogmatyzmy
plakat z grzegorzem braunem i terrence mckenna i podpis orator mixtape Sztuka między lewicowym resentymentem a bogobojnością

krytyka krytyki sztuki

Sztuka między lewicowym resentymentem a bogobojnością

W Erze Informacji tego pytania nie da się uniknąć. A przynajmniej jest ono nieuchronne dla każdej świadomej i dojrzałej jednostki, której dusza i mózg nie zostały całkowicie przepalone cyfrową konsumpcją. Jak nawigować przez życie i budować swój światopogląd, unikając przy tym upośledzających i wstecznych ideologii? Jak się na nie uodpornić i ustrzec przed ich zwodniczym, emocjonalnym urokiem? I to w świecie, w którym przeżywają one wielki cyfrowy renesans po kilkudziesięciu latach powojennego pokoju, w którym myśleliśmy, że to już koniec historii?

A może przez myśl przeszło Ci: jaką sztuką mam się inspirować lub jaką sztukę – za przeproszeniem – konsumować? Jakich krytyków sztuki, muzyki i literatury mam słuchać w realiach wielkich kulturowych konfliktów, w których sztuka zaciągnęła się jako najemnik dla jednej ze stron, a czasem jest też tam zaciągana za włosy wbrew własnej woli?

Chciałbym Ci odpowiedzieć niczym zbuntowany nastolatek: słuchaj tylko siebie! Róbta co chceta!
Albo jak guru New Age: słuchaj swojego serca!

Ale oboje wiemy, że to guzik prawda. Potrzebujemy inspiracji, edukacji, autorytetów i punktów odniesienia. Nie powiem Ci jakich krytyków słuchać, lecz jakich nie słuchać, albo jeszcze precyzyjniej – opinie których przepuszczać przez odpowiednie filtry.

Polityczne i religijne wrażliwości oraz ich związek ze sztuką

Społeczeństwo podzielone jest z grubsza na trzy grupy światopoglądowe. Lewicowych egalitarystów, prawicowych konserwatystów i tych, którzy nie pasują do dwóch wcześniejszych, do których przynależy większa cześć populacji. Różne „-izmy” są na ogół wariacjami, a czasem też kombinacjami, dwóch powyższych. Role te są potrzebne, a dyskursywne tarcie pomiędzy nimi powoduje rozwój intelektualny cywilizacji. Lewica to obrońca, który podnosi równość szans, prawica to oskarżyciel, który bezlitośnie rozlicza z osobistej odpowiedzialności za swoje wybory życiowe – tak możemy to sobie wyobrazić. Problem zaczyna się, gdy jedna lub druga strona zyskuję znaczną przewagę albo radykalizuje się, powodując w ten sposób dialektyczną odpowiedź uradykalnienia ze strony przeciwnej.

Symbolicznie rzecz biorąc:

Lewicowy egalitaryzm to tęsknota za bezwarunkowo kochającą matką.Prawicowy konserwatyzm – za surowym, ale sprawiedliwym ojcem.A człowiek, który wybrał indywiduacje i wolność od dogmatu? To dziecko, które postanowiło dorosnąć samo.

Trzy drogi duchowości

Podobnego podziału można dokonać odnośnie ludzkiego stosunku do duchowości. Pierwsza najliczniejsza grupa to osoby, które twierdzą, że nie ma czegoś takiego jak dusza i Bóg. Często są oni lewicowymi egalitarystami.

Druga najliczniejsza grupa to osoby, które twierdzą, że istnieje Bóg osobowy, którego znamy z jednej ze starożytnych ksiąg. Bóg ten ingeruje nieustannie w nasz świat – taki kosmiczny super tata – i do Boga można dostać się głównie poprzez uległość i posłuszeństwo. Ci z kolei zazwyczaj są prawicowymi konserwatystami.

Trzecia – póki co najmniej liczna grupa – to osoby, które twierdzą, że nie wiemy nic o Bogu i dopiero zaczynamy rozumieć naszą człowieczą sytuację. Że do Boga, o ile istnieje, można dostać się głównie poprzez rozwój i świadomą autokreację. Że to rozwój sprawia, iż upodobniamy się do Boga, powoli na przestrzeni dziejów oddalając się od naszych post zwierzęcych korzeni.

Jak to się ma do sztuki? Bardzo mocno. Obydwie mainstreamowe modalności światopoglądowe, które stoją w dialektycznej sprzeczności do siebie, zdecydowanie mają wpływ na ludzką wrażliwość i rozumienie roli sztuki i kultury.

Egalitarni wrażliwcy i fetysz słabości

To są ci wszyscy ludzie, dla których sztuka może być totalnie profanacyjna, szokująca, dziwaczna, niezrozumiała i anty estetyczna. No problem – tak długo, jak bierzesz w obronę tak zwanych „słabszych”. „Słabszych” według najnowszego konsensusu wielkomiejskiej inteligencji. Fakty? Logika? To sprawy drugorzędne. Najważniejsze to mieć odpowiedni ton moralny.

Co więcej, sztuka użytkowa lub architektura – dwie rzeczy, które zazębiają się z ogólnym interesem społecznym lub konfliktem interesów wewnątrz społeczeństwa – są szczególnym obiektem ich zainteresowania.

I słusznie, powinny być!

Problem polega na tym, że nasi egalitarni wrażliwcy operują z poziomu nieuświadomionego resentymentu względem silniejszego. Względem tego, który ma więcej – pieniędzy, kobiet lub mięśni. (Wiem coś o tym, ponieważ sam byłem radykalnym lewicowcem i znam dość dobrze tą strukturę charakterologiczną). Fakt ten, ma przemożny wpływ na ich percepcję sztuki, muzyki i architektury.

Można zaobserwować, że z dystansem lub niechęcią odnoszą się do wszystkiego, co może kojarzyć się z siłą, sukcesem, wigorem, klasycznie rozumianym pięknem, rywalizacją, a także męskością.

Wysokie, szklane wieżowce w centrum budzą w nich niepokój. Budzą sceptycyzm. Będą usprawiedliwiać ten niepokój i sceptycyzm wieloma fancy teoriami; o miastach dla ludzi a nie dla biznesu, czy coś w tym stylu – trochę tu improwizuję.

Będą twierdzić też, że wysokie szklane wieżowce są nieestetyczne, mimo że większość ludzi zapytana na ulicy odpowie, że wieżowce wyglądają fajnie. Niektórzy wręcz, że zajebiście.

Skąd więc ten opór u lewicowych intelektualistów? Domyślam się skąd. Przecież wieżowce to symbole falliczne. To symbole męskości, statusu i władzy. A oni nienawidzą mężczyzn i męskości, pojęcia władzy, a nawet pojęcia piękna, jako że piękno fizyczne jest immanentnie niesprawiedliwe – niektórym zwyczajnie nie przypadło ono w udziale. Sam fakt, że facet noszący zastanawiająco za długie krawaty, może postawić drapacz chmur i nazwać go Trump Tower, spędza im sen z powiek.

Rzeźbiarz Fen de Villiers na swoim wykładzie stwierdził, iż na Zachodzie panuje swoista ginokracja w kręgach kuratorów sztuki. Dla kuratorek i krytyczek wysoce podejrzana jest sztuka, która wyraża optymizm, energię i siłę. I często ląduje ona na cenzurowanym, nie mając instytucjonalnego wsparcia.

Jak więc czytać tych intelektualistów? Musisz zrozumieć, że czasem ich argumenty mogą być słuszne. Bardzo możliwe, że las drapaczy w centrum niesie ze sobą negatywne reperkusje dla zwykłych mieszkańców, dla przyrody, dla czegokolwiek. Ale miej też z tyłu głowy, że jeżeli taką opinię wyraża ktoś otwarcie lewicowy, to jego postawa może mieć drugie dno zwykłych uprzedzeń i psychologicznych projekcji.

Bogobojnie uwstecznieni i ich lęk przed ludzką wyobraźnią

Tych jest zdecydowanie mniej w świecie sztuki, dizajnu i architektury, jako że branże te są zdominowane przez lewicę. Tu chodzi bardziej o konserwatywnych intelektualistów, którzy zawodowo nie zajmują się krytyką sztuki, lecz sporadycznie wypowiadają się na jej temat. Prawie zawsze negatywnie.

Skąd ich krytycyzm? Co do zasady boją się oni każdej sztuki, która odchodzi od figuratywnego przedstawienia „porządku bożego”, czyli świata takim jakim on jest, a jednocześnie emancypuje ludzką wyobraźnię. Innymi słowy sztuka, która eksploruje siłę naszej imaginacji, stwarzania czegoś nowego, czegoś co nie jest usłużne klasycznym kanonom piękna lub klasycznym kanonom dobra i zła.

Surrealizm, abstrakcja, brutalizm, eksperymenty z formą i treścią. Wszystko to jest podejrzanie „lucyferyczne”, jako że człowiek zaczyna bawić się w „Pana Boga” – nie przedstawia Bożego stworzenia w uroczych pejzażach, portretach lub scenach biblijnych na sklepieniach świątyni, lecz przedstawia owoc swojej własnej jaźni.

Dobrym przykładem takiego intelektualisty był Krzysztof Karoń, który programowo krytykował wszystko co postmodernistyczne. Kompozycje Pendereckiego nazywał „kocią muzyką” i „rzempoleniem”, gdyż nie były ładne i wzruszające w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. A tymczasem kompozycje Pendereckiego brzmiały jak ścieżki dźwiękowe horroru, ponieważ miały tak brzmieć! Ta muzyka – jak na przykład Tren dla Hiroszimy – miała wyrażać nieromantyczną, odczłowieczoną grozę. Co więcej twórcy filmów często sięgali po kompozycje Pendereckiego:

  • "Lśnienie" 1980:
    Stanley Kubrick wykorzystał muzykę Pendereckiego, a zwłaszcza jego "Ofiarom Hiroszimy – Tren", aby stworzyć przerażającą i niepokojącą atmosferę w swoim dziele, które jest klasykiem gatunku.
  • "Twin Peaks" (serial):
    "Tren «Ofiarom Hiroszimy»" pojawia się w kilku odcinkach, w tym w kultowej scenie z eksplozją atomową, budując psychodeliczny, apokaliptyczny nastrój.
  • "Wyspa tajemnic" (2010):
    W filmie Martina Scorsese pojawia się "Symfonia nr 3 Passacaglia – Allegro Moderato", która doskonale oddaje narastające napięcie i mroczny klimat opowieści.

Jak się tylko mogę domyślać, konserwatywni krytycy nie przepadają również za medytującym Lynchem i gnostykiem Kubrickiem. To co nowe i inne, zawsze z automatu jest podejrzane. Zagrażające ustalonemu porządkowi rzeczy. Krnąbrne i butne – a powinno być pokorne i usłużne. Na tym właśnie polega prawicowa neuroza.

Najbardziej skrajni przedstawiciele takiej interpretacji na ludzką sytuację, którzy opanowali długi pas Ziemi od Afryki Zachodniej aż po Indie, poszli na tyle daleko, że całkowicie zakazali pewnych form sztuki, a inne poddali ostrym obostrzeniom. (Tak, mówię o muzułmanach)

Ludzie o osobowościach sado-masochistycznych (autorytarnych – jak powiedzieli by Frankfurtczycy) lub po prostu ukształtowani przez skrajnie hierarchiczne, paternalistyczne i konserwatywne kultury, z definicji gardzą sztuką i artystami.

Zauważyłeś to? I nie jest również przypadkiem, że ci ludzie i te kultury zazwyczaj nienawidzą kobiet i kobiecości – zupełnie jak lustrzane odbicie wspomnianych wcześniej wrażliwców od równości. Bo sztuka i pierwiastek żeński to żywioły rozpuszczające granice, destabilizujące, miłujące nieustanny rozwój ponad stabilność.

Jak słuchać tych intelektualistów? Czasem mogą mieć racje – ileż razy sztuka nowoczesna zabrnęła w ślepą uliczkę. Ile razy potknęła się o własne, niezawiązane sznurówki. Mają też całkowitą rację, wskazując na niesmaczne wręcz upolitycznienie współczesnych artystów-wrażliwców.

Ale miej z tyłu głowy, że ci panowie co do zasady boją się wszystkiego co nowe, co nieznane, czego nie da się przyswoić przy pomocy tradycyjnej moralności i pojęć.

Sztuka jako duchowy test na człowieczeństwo

Egalitarysta nienawidzi siły. Konserwatysta boi się wolności i wszystkiego co inne. A artysta, prawdziwy artysta – przekracza ów resentyment i lęk. Bo jego misją nie jest pocieszać ani moralizować. Jego misją jest rozwijać siebie samego i swego bliźniego.

A zatem mówiąc wprost: jaką sztukę należy wspierać?

Sztukę, która podnosi ludzkiego ducha.
Taką, która nie tłumaczy się ideologią i nie szuka usprawiedliwień.
Nie boi się brzydoty, jeśli ma prowadzić do prawdy.
I nie boi się piękna, jeśli ma prowadzić do siły.
Bo tylko taka ma sens.

plakat z puszkami napojów na których napisane jest: woda z mózgu, myślenie magiczne, myślenie symboliczne, konserwanty i cukier

Marsz

Zbigniew Warpechowski

Marsz

zbigniew warpechowski przed performance pod tytułem Marsza

I love you ty kurwo!

Klik

Wszystkie kukły tego świata pod krawatem
pucować się kto pisze wam skrypty komunikatów
pośpiesznie przepuszczanych przez translator
który brzuchomówca z jednego klucza
rozgrzesza i poucza
maluczkim wskazując drogę?

Nie ma na co patrzeć proszę się rozejść
płodzić dzieci wyprowadzić psa wieczorem
Z rodziną Netflix i piwo
nie węszyć nie wkładać palców w zawiasy
zacisznych gabinetów z klimą
Magicy Internetu przekonują
że to słońce ziemię okrąża
byle na przekór
razowy zdrowy chleb i freak fighty
uszyjmy polską flagę ze spandexu
na igrzyska najmojszej racji
poprzeciągajmy siebie w kisielu
prosty przekaz ma odbiorców wielu

Jeżeli jesteś starą duszą
i czujesz że się dusisz tutaj
przyjacielu jak ja

Oddychaj przez usta
jak brzuchomówca

Wierzą we wszystko co usłyszą
w Internecie z ust paranoików nagrywających
z piwnicy domu rodziców.

vs

Wierzą tylko autorytetom z TV i treściom
ze szkolnych podręczników, myśląc,
że są w ten sposób racjonalni.

spisek:

wykas:

może przetrwasz ponowoczesność. powodzenia!

plakat z przekreśloną ikonką telefonu, ikonką tabletu z napisem może być oraz ikonką laptopa z napisem zdecydowanie tak

duże monitory w domowym zaciszu > małe ekraniki cyfrowej szprycy

zdjęcie gwoździ wbitych w drewniane schody w kształcie liter HWDP
zdjęcie kapsli wbitych w asfalt w kształcie liter XD

Social media dobre są tylko do podrywania dziewczyn / ściągania na siebie męskiej uwagi.
Nie do autentycznej auto ekspresji.
Naucz się html/css.
Stwórz swoją stronę internetową!

prowadzisz firmę?
Ta strona to popisówa konceptualno-estetyczna stworzona pod snobów i fanów dobrego dizajnu, którzy chcą zatrudnić najlepszego web projektanta i developera do swojego awangardowego projektu.

LowLife 2 LowCode

czyli zmiana własnego kodu źródłowego

Człowiek jest gatunkiem agresywnym i może tą agresję zwrócić na zewnątrz, w twórczym i ambitnym podboju świata. W przeciwnym razie skierowana ona zostanie do wewnątrz, co szybko zamieni niezrealizowaną ambicję w autosabotaż, autoagresję i na samym końcu autodestrukcję. Obrócenie tej autoagresywnej energii o 180 stopni, było największym przełomem mojego życia.

Low life – czyli jak zmierzyć się z dysfunkcyjnymi algorytmami we własnej głowie

Chwilami miałem wrażenie, że puszczę pawia ze stresu. Rozmowy o pracę, rozmowy z potencjalnymi klientami – czasem z poważnych firm – i negocjowanie stawki. Ja chłopak z ciasnego M2 usytuowanego na wielkim blokowisku, z typowej dysfunkcyjnej rodziny lat 90., z historią wykolejonej młodości i przerwami w CV na ćpanie i konflikty z prawem, znający do tej pory jedynie nisko płatne i nisko kwalifikowane prace. Teraz ośmielam się sugerować poważnym ludziom, że potrafię projektować i kodować. Że powinni mi zaufać. Że to mnie powinni powierzyć wykonanie ich firmowej strony – jednego z najważniejszych elementów cyfrowej prezencji marki – lub ich sklepu – filaru ich działalności gospodarczej.

Co więcej, powinni zapłacić mi za tą przyjemność kilka, kilkanaście tysięcy!

Czułem, jakbym był rozrywany przez dwie przeciwstawne sobie siły. Przez palącą ambicję wybicia się z całkowitej nijakości życia oraz zakodowaną głęboko niewiarę w siebie. Stukając maniakalnie linijki kodu, przez lata obserwowałem algorytmy moich myśli – robiłem stop klatkę i wyłapywałem tożsamość nieudacznika za każdym razem, gdy wypływał ponownie z nieświadomości. Aż do skutku.

Syndrom Impostera na całego. Resztki pamięci komórkowej. Automatyczne negatywne myśli niczym echo po poprzednim życiu i tożsamości człowieka o kompletnie zdewastowanym poczuciu własnej wartości.

Poczucie, że nie zasługuję.
Lęk o to, że wyda się prawda o mnie.

Że siedziałem, że miałem problem z używkami, że cierpiałem na depresję, na fobię społeczną, że całymi miesiącami nie mogłem zebrać się do znalezienia pracy, że byłem rozchwierutany i rozdygotany emocjonalnie. Że byłem „męską cipą”, która do absolutnej perfekcji opanowała zakładanie maski twardziela, który potrafi „zajebać na ryj” na ulicy. 

To ostatnie zakodowało się w rysach mojej twarzy, niczym strategia przetrwania na dzikim Wschodzie polskich dzielnic klasy robotniczej. Dopiero 10 lat temu przestałem golić się na łyso. Zacząłem pracować nad uśmiechem, gdyż budując nową tożsamość, szybko odkryłem, że ludzie mogą się mnie trochę bać – z tymi tatuażami i ostrymi rysami twarzy. Przecież ludzie nie patrzą w oczy, by zobaczyć w nich intelekt i wrażliwość lub ich brak. Oceniają skutecznie przewidywalnymi kliszami.

Od ulicy do netu - strony www jako forma twórczej ekspresji w cyfrowej przestrzeni publicznej

Zawsze byłem trochę inny niż reszta chłopaków na podwórku. Ciągnęło mnie do książek, do ambitnej muzyki, sztuki, kina. Fascynował mnie street-art i graffiti. Miał on aspekt chuligański, adrenalinowy, co odpowiadało moim potrzebom odreagowania ran i bólu, ale miał też warstwę intelektualną. Fascynowała mnie idea umieszczania form artystycznych i poetyckich w przestrzeniach publicznych.

Ale oprócz ulicy korciło mnie wejście w jeszcze jedną przestrzeń publiczną – przestrzeń Internetu. Czasem zaglądałem do kodu źródłowego stron, ale przerażał mnie on. Myślałem, że to nie dla mnie. A jednak wyniki wyszukiwania Google zdawały się być przestrzenią podobną do pustego billboardu – aż prosi się, żeby wejść z czymś humorystycznym, prowokacyjnym lub estetycznie innym od wizualnego języka marketingu. Z czymś efemerycznym, ale do bólu moim. Z czymś agresywnym a jednocześnie mądrym i pięknym, co choćby na chwilę uczyni kawałek świata podległym mojej twórczej woli.

Istnieję – na dowód tego stoi mój street-artowy billboard na mieście. Istnieję – na dowód tego wisi moja strona z poezją, na którą wszedłeś z Google, zaciekawiony frapującą nazwą domeny.

Low code – czyli jak tworzyć kozackie stronki w nowoczesny sposób

Gdy odbiłem się od swojego dna, plan działania był dla mnie oczywisty. Wiedziałem, że fascynacja net-artem będzie motorem napędowym do tego, by stać się web developerem z krwi i kości. Wiedziałem, że nauka kodowania i projektowania to będą lata poświęceń, nie wychodzenia z domu, siedzenia przed monitorem i ciskania przekleństwami frustracji przez zęby. A potem jeszcze nauka operowania na rynku. Języka i potrzeb biznesu. Dyscypliny i odpowiedzialności. I ponad wszystko – wiary w samego siebie. Wiedziałem, że ta droga ma głęboki sens z rozwojowego punktu widzenia. Że w tej branży liczy się to co potrafisz, a nie to jakie masz CV lub fancy wykształcenie.

Nauczyłem się tworzyć strony dzięki Webflow – wizualnemu edytorowi stron, który zaliczany jest do kategorii No Code. Jednak głód wiedzy i podnoszenia kompetencji nie odpuszczał. Jestem klasycznym przykładem powiedzenia „od No Code do Know Code”.

Chociaż znam HTML i CSS na bardzo przyzwoitym poziomie i potrafiłbym napisać stronę ręcznie, ostatecznie zdecydowałem, że narzędzia Low Code, które łączą wizualny interfejs z edytorem kodu, są obecnie najbardziej profesjonalnym rozwiązaniem. Pokochałem Pinegrow, który jest prawdopodobnie najlepszym low code'owym edytorem stron.

Od przygrywa do eksperta wysoko kwalifikowanego zawodu

Choć nie jest to moje oficjalne portfolio a jedynie poboczny projekt, rozumiem, że obnażyłem się tu bardziej, niż przewidują standardy wiecznie uśmiechniętych i zmotywowanych ludzi z mediów społecznościowych jak Instagram lub LinkedIn.

Na tym właśnie polega piękno stron internetowych – to jest autentycznie moja przestrzeń; podobnie jak kod i pliki tej strony, które autentycznie należą do mnie. Za to kocham web – za wolność. 

Jeżeli stanę się inspiracją dla chociażby jednego pogubionego chłopaka z nieuprzywilejowanych warstw społecznych, dla chociażby jednego straumatyzowanego low life'a, to będzie dla mnie wielkie zwycięstwo.

Plakaty formatu B2 (50x71cm) / 222 zł / Czarna ramka z Ikei na życzenie gratis!

Low Life 2

Jestem najlepszym web developerem i designerem w Polsce.

Nie robię tego dla kasy.* Zamieniłem nihilizm na pasję.

Autodestrukcję na autokreację. *Moje stawki i tak przebiją wszystkie

Low Code!

Julia Taranko

wearefoodoo.com

"Kuba jest developerem kontaktowym, otwartym na sugestie i potrafiącym zachować zimną krew - co pokazał na godzinę przed premierą naszej strony, gdy naprawił usterkę jednej z zewnętrznych funkcjonalności."

Krzysztof Mańczak

kolporacja.pl

"Wygląda na to, że Jakub jest nie tylko web dizajnerem, ale też projektantem w szerszym znaczeniu tego słowa. Dostaliśmy nie tylko stronę, ale też wpierw nazwę, logo i hasło dla mojej firmy"

Moje profesjonalne portfolio: skaza.design

zdjęcie wytatuowanego na plecach kodu HTML